Trzeba mi stąd wyjechać... uciec na chwilę... wyrwać się z tego co mnie dręczy... oderwać od tego co prześladuje... zapomnieć o tym co męczy i za czym tęskno....
No to z racji dzisiejszego święta niech będzie o kobiecie
W moim pojęciu są dwa rodzaje kobiet waczących.
Pierwsza kobieta walcząca to ta walczaca "z kimś", najczęściej z mężczyzną, systemem, politykiem...
Druga kobieta walcząca to ta walcząca "o kogoś, dla kogoś, za kogoś", najczęściej o/dla/za dziecko, mężczyznę, siebie...
Nie będę ukrywać, że bliżej mi do tej drugiej chociaż kiedyś było inaczej. Ta pierwsza wg mnie z góry skazna jest na porażkę. Można walczyć z mężczyzną ale po co? kiedy lepiej walczyć obok niego. Nie oszukujmy się, kobieta jest słabsza i to powinno być (przynajmniej w moim pojęciu) źródłem jej siły. To jest piękne i dobre. Lubię swoją słabość, lubię być osłaniana i chroniona a nie na siłę wpychana w jakieś polemiki.
Znam jedą Kobietę... prawdziwą Kobietę. Jest nią moja przyjaciółka. Jak ona walczy! Walczy o swoje dzieci, gdy chorują wstając o każdej porze nocy lub nawet tych nocy nie przesypiając przy nich czuwając. Jak ona walczy o swojego męża będąc przy nim, gdy ma swoje słabości. Jak ona walczy o mnie, gdy ja się poddaję. To jest KOBIETA WALCZĄCA i chciałabym kiedyś móc powiedzieć o sobie, że jestem podobna do kobiety walczącej. Póki co uczę się szanować, akceptować i kochać swoją słabość :-)
Zauważyłam, że od jakiegoś czasu zamknęłam się w gronie swoich sprawdzonych znajomych. Było mi ciepło... i bezpiecznie... i swojsko... i w ogóle miło. Biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio nie lubię poznawać nowych ludzi to było mi z tym moim gronem znajomych bardzo wygodnie. Odechciało mi się tego.
I dzisiaj mi się zaryzykowało i dobrze mi to zrobiło.
Dwóch "starszych chłopaków" poznałam, co to ich młodość przypadła na lata kiedy ja się dopiero chodzić uczyłam. A że jeszcze w XXI wieku załapałam się na resztkę ich epoki (powinnam powiedzieć "niedobitki ich epoki") to było o czym gadać. I stanęło na tym, że urodziłam się nie w tych czasach co powinnam, bo powinnam razem z nimi zaliczać Jarociny ;-))
Coś co mi się wydawało niemożliwe, możliwym się stało.
Od jakiegoś czasu próbowałam znaleźć film, który oglądałam jakieś osiem lat temu w godzinach późno nocnych/wczesno rannych. Pamiętałam tylko tyle, że film był azjatycki i "występowały" w nim meksykańskie, skaczące fasolki. Film zrobił wtedy na mnie duże wrażenie i chciałam do niego wrócić. No i zaczęłam poszukiwania. Trwały one 3 h z hakiem. Biorąc pod uwagę skąpe wskazówki dotyczące filmu (tylko te skaczące fasolki pamiętałam) to uważam, że poradziłam sobie genialnie. Chociaż raz mój wrodzony ośli upór na coś się przydał.
A oto efekt moich poszukiwań
Film jest produkcji koreańskiej i opowiada historię młodego Chińczyka wychowanego w zachodniej kulturze, który w swojej podróży po Chinach poznaje grupę rockową. Jest kompozytorem, który stracił wenę twórczą a w swojej wędrówce razem z muzykami odnajduje nie tylko chęć ponownego tworzenia ale także sens życia.
Niestety w swoich poszukiwaniach nie udało mi się odnaleźć polskich napisów więc albo nasilę swoje poszukiwania i bedę jeszcze bardziej uparta alb sama sobie napisy przetłumaczę albo (co jest najbardziej prawdopodobne) obejrzę z napisami angielskimi... chociaż ta opcja mnajmniej mi się podoba ;/ Ale jak wiadomo... nie można mieć wszystkiego na raz :-(
Generalnie nie przepadam za muzyką Coldplay ale ten kawałek idealnie oddaje to wszystko co dzieje się w moim życiu. Abstrahując już od problemów zawodowych (ciągle na bezrobociu) to na płaszczyźnie osobistej gorzej być nie mogło. Poplątałam się, zaplątałam, wpadłam w jakieś skomplikowane, popierdzielone sytuacje. Czasami nie jesteśmy wyrazić własnymi słowami tego co się dzieje. Czasami potrzeba nam tego by ktoś wyśpiewał, wykrzyczał to za nas ;-)
Przed Państwem Coldplay z utworem "Trouble" czyli co się dzieje teraz w życiu Smetnika:
Prawdziwych przycjaciół poznaje się w biedzie... To prawda... Moi przyjaciele na dodatek bez zbędnych pytań od razu mówią "tak" gdy proszę ich o pomoc, bez względu na okoliczności, czas i miejsce.
Ostatnio mnie naszło na zamiany, by coś zmienić w swoim pokoju. Mam ograniczone możliwości z racji tego, że nie mieszkam u siebie tylko już od paru lat wynajmuję pokój u Pani E. za marne grosze w samym centrum Lublina. I sobie pomyślałam, że coś przestawię, że coś wstawię tylko nie wiem co. Szukając inspiracji podpatrywałam jakieś to magazyny wnętrzarskie, pokój mojej siostry (estetka z niej na 102), blogi z dodatkami i takie tam. I do jakich wniosków doszłam? Ano takich, że jednak nic nie będę zmianiać tylko jakiś nowy obraz na ścianę walnę. Daleko mi do kobiet, które potrafią zadbać o atmosferę w domu. U mnie wieczny grajdołek, porowzalane wszędzie książki, na parapecie, na szafach, na łóżkach (zapomniałam dodać mój pokój ma ok 25 m2 więc jest dużo rzeczy w nim). Na półkach karteluszki i nie ma miejsca na duperele typu ramki na zdjęcia, wazoniki i inne cudeńka jakich pełno w pokojach innych dziewcząt. U mnie nic nie ma składu i ładu (na moje własne życzenie). Dobra... wybieram swój grajdolek w którym czuję się najlepiej i żadna narzuta na łóźko, czy dzbanuszek na stole tudzież biurku tego nie zmienią...
No i obejrzałam to co chciałam. Korzystając z przywileju chorego, któremu wolno się bezkarnie lenić objerzałam Parnassusa. I co?? Mam mieszane uczucia. Zdecydowanie odjechany film... Trochę niedopowiedziany jak dla mnie i wątki (szczególnie koniec Tonego) niedopracowany. No ale nie czepiajmy się szczegółów. Co na pewno mnie zachwyciło to obrazy. Genialna sprawa. Rzczywiście zabawa wyobraźni i uczta dla oka. Jestem pod ogromym wrażeniem i choćby dla nich warto obejrzeć ten film. Sztuka przeplatana z wyobraźnią i zabiegi, które zastosował reżyser godne poświęcenia uwagi.
Zapoznałam się z wypowiedziami osób, kótre już ten film oglądały i zdziwiło mnie tak wiele zebrał niepochlebnych ocen, że nudny, że robiony dla kasy i na siłę. Ja tam uważam, że jest po prostu nietypowy, ma swój specyficzny klimat, który rzeczywiście nie każdemu musi odpowiadać a już bynajmniej nie jest przeznaczony dla publiczności przyzwyczajonej do papki.
Po obejrzeniu tego filmu śmiało mogę powiedzieć, że nie myliłam się co do Leadger'a. Genialny aktor. I gdybym miała wystawiać oceny trzem pozostałym aktorom to bym powiedziała tak: Depp 4; Farrell 3+; Law 2 i Leadger 5-. Moją uwagę (i nie tylko moją, wszyscy zwracali na nią uwagę) zwróciła modelka=aktorka Lily Cole. No dobra, ładna buzia, świetna figura, marna gra aktorska tylko czemu ją oglądając kojarzyła mi się z klipem System of a Down "Aerials"? ;-))