O kilku luźno powiązanych sprawach czyli o niczym co by mogło przyprawić o zawrót głowy
czwartek, 11 marca 2010
Trzeba mi...

Trzeba mi stąd wyjechać... uciec na chwilę... wyrwać się z tego co mnie dręczy... oderwać od tego co prześladuje... zapomnieć o tym co męczy i za czym tęskno....

No to wyjeżdżam

Wracam w poniedziałek :-))

wtorek, 09 marca 2010
Ponarzekajmy sobie

Wczoraj były peany na cześć kobiet to dzisiaj będzie o mężczyznach.

No to sobie na nich ponarzekam dzisiaj. A co? Wolno mi, to mój blog ;-)

Faceci to debile!!!

 

 

 

P. S. dodam, że do komentarzy tej notki wstęp mają tylko kobiety. Panowie czytając je czynią to na własną odpowiedzialność

poniedziałek, 08 marca 2010
Kobieta walcząca

No to z racji dzisiejszego święta niech będzie o kobiecie

W moim pojęciu są dwa rodzaje kobiet waczących.

Pierwsza kobieta walcząca to ta walczaca "z kimś", najczęściej z mężczyzną, systemem, politykiem...

Druga kobieta walcząca to ta walcząca "o kogoś, dla kogoś, za kogoś", najczęściej o/dla/za dziecko, mężczyznę, siebie...

Nie będę ukrywać, że bliżej mi do tej drugiej chociaż kiedyś było inaczej. Ta pierwsza wg mnie z góry skazna jest na porażkę. Można walczyć z mężczyzną ale po co? kiedy lepiej walczyć obok niego. Nie oszukujmy się, kobieta jest słabsza i to powinno być (przynajmniej w moim pojęciu) źródłem jej siły. To jest piękne i dobre. Lubię swoją słabość, lubię być osłaniana i chroniona a nie na siłę wpychana w jakieś polemiki.

Znam jedą Kobietę... prawdziwą Kobietę. Jest nią moja przyjaciółka. Jak ona walczy! Walczy o swoje dzieci, gdy chorują wstając o każdej porze nocy lub nawet tych nocy nie przesypiając przy nich czuwając. Jak ona walczy o swojego męża będąc przy nim, gdy ma swoje słabości. Jak ona walczy o mnie, gdy ja się poddaję. To jest KOBIETA WALCZĄCA i chciałabym kiedyś móc powiedzieć o sobie, że jestem podobna do kobiety walczącej. Póki co uczę się szanować, akceptować i kochać swoją słabość :-)

niedziela, 07 marca 2010
Powiew nowości

Zauważyłam, że od jakiegoś czasu zamknęłam się w gronie swoich sprawdzonych znajomych. Było mi ciepło... i bezpiecznie... i swojsko... i w ogóle miło. Biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio nie lubię poznawać nowych ludzi to było mi z tym moim gronem znajomych bardzo wygodnie. Odechciało mi się tego.

I dzisiaj mi się zaryzykowało i dobrze mi to zrobiło.

Dwóch "starszych chłopaków" poznałam, co to ich młodość przypadła na lata kiedy ja się dopiero chodzić uczyłam. A że jeszcze w XXI wieku załapałam się na resztkę ich epoki (powinnam powiedzieć "niedobitki ich epoki") to było o czym gadać. I stanęło na tym, że urodziłam się nie w tych czasach co powinnam, bo powinnam razem z nimi zaliczać Jarociny ;-))

sobota, 06 marca 2010
Ślimak, ślimak...

- Ślimak ślimak pokaż rogi...

- A nie zabijesz mnie?

- Nie wiem, to się okaże...

środa, 03 marca 2010
Ha! jak się chce to się może

Coś co mi się wydawało niemożliwe, możliwym się stało.

Od jakiegoś czasu próbowałam znaleźć film, który oglądałam jakieś osiem lat temu w godzinach późno nocnych/wczesno rannych. Pamiętałam tylko tyle, że film był azjatycki i "występowały" w nim meksykańskie, skaczące fasolki. Film zrobił wtedy na mnie duże wrażenie i chciałam do niego wrócić. No i zaczęłam poszukiwania. Trwały one 3 h z hakiem. Biorąc pod uwagę skąpe wskazówki dotyczące filmu (tylko te skaczące fasolki pamiętałam) to uważam, że poradziłam sobie genialnie. Chociaż raz mój wrodzony ośli upór na coś się przydał.

A oto efekt moich poszukiwań

 

Film jest produkcji koreańskiej i opowiada historię młodego Chińczyka wychowanego w zachodniej kulturze, który w swojej podróży po Chinach poznaje grupę rockową. Jest kompozytorem, który stracił wenę twórczą a w swojej wędrówce razem z muzykami odnajduje nie tylko chęć ponownego tworzenia ale także sens życia.

Niestety w swoich poszukiwaniach nie udało mi się odnaleźć polskich napisów więc albo nasilę swoje poszukiwania i bedę jeszcze bardziej uparta alb sama sobie napisy przetłumaczę albo (co jest najbardziej prawdopodobne) obejrzę z napisami angielskimi... chociaż ta opcja mnajmniej mi się podoba ;/ Ale jak wiadomo... nie można mieć wszystkiego na raz :-(

wtorek, 02 marca 2010
Pomieszanie z poplątaniem

Generalnie nie przepadam za muzyką Coldplay ale ten kawałek idealnie oddaje to wszystko co dzieje się w moim życiu. Abstrahując już od problemów zawodowych (ciągle na bezrobociu) to na płaszczyźnie osobistej gorzej być nie mogło. Poplątałam się, zaplątałam, wpadłam w jakieś skomplikowane, popierdzielone sytuacje. Czasami nie jesteśmy wyrazić własnymi słowami tego co się dzieje. Czasami potrzeba nam tego by ktoś wyśpiewał, wykrzyczał to za nas ;-)

Przed Państwem Coldplay z utworem "Trouble" czyli co się dzieje teraz w życiu Smetnika:

 

niedziela, 28 lutego 2010
Prawdziwy przyjaciel

Prawdziwych przycjaciół poznaje się w biedzie... To prawda... Moi przyjaciele na dodatek bez zbędnych pytań od razu mówią "tak" gdy proszę ich o pomoc, bez względu na okoliczności, czas i miejsce.

piątek, 26 lutego 2010
O moim pokoju

Ostatnio mnie naszło na zamiany, by coś zmienić w swoim pokoju. Mam ograniczone możliwości z racji tego, że nie mieszkam u siebie tylko już od paru lat wynajmuję pokój u Pani E. za marne grosze w samym centrum Lublina. I sobie pomyślałam, że coś przestawię, że coś wstawię tylko nie wiem co. Szukając inspiracji podpatrywałam jakieś to magazyny wnętrzarskie, pokój mojej siostry (estetka z niej na 102), blogi z dodatkami i takie tam. I do jakich wniosków doszłam? Ano takich, że jednak nic nie będę zmianiać tylko jakiś nowy obraz na ścianę walnę. Daleko mi do kobiet, które potrafią zadbać o atmosferę w domu. U mnie wieczny grajdołek, porowzalane wszędzie książki, na parapecie, na szafach, na łóżkach (zapomniałam dodać mój pokój ma ok 25 m2 więc jest dużo rzeczy w nim). Na półkach karteluszki i nie ma miejsca na duperele typu ramki na zdjęcia, wazoniki i inne cudeńka jakich pełno w pokojach innych dziewcząt. U mnie nic nie ma składu i ładu (na moje własne życzenie). Dobra... wybieram swój grajdolek w którym czuję się najlepiej i żadna narzuta na łóźko, czy dzbanuszek na stole tudzież biurku tego nie zmienią...

wtorek, 23 lutego 2010
Po Parnassusie

No i obejrzałam to co chciałam. Korzystając z przywileju chorego, któremu wolno się bezkarnie lenić objerzałam Parnassusa. I co?? Mam mieszane uczucia. Zdecydowanie odjechany film... Trochę niedopowiedziany jak dla mnie i wątki (szczególnie koniec Tonego) niedopracowany. No ale nie czepiajmy się szczegółów. Co na pewno mnie zachwyciło to obrazy. Genialna sprawa. Rzczywiście zabawa wyobraźni i uczta dla oka. Jestem pod ogromym wrażeniem i choćby dla nich warto obejrzeć ten film. Sztuka przeplatana z wyobraźnią i zabiegi, które zastosował reżyser godne poświęcenia uwagi.

Zapoznałam się z wypowiedziami osób, kótre już ten film oglądały i zdziwiło mnie tak wiele zebrał niepochlebnych ocen, że nudny, że robiony dla kasy i na siłę. Ja tam uważam, że jest po prostu nietypowy, ma swój specyficzny klimat, który rzeczywiście nie każdemu musi odpowiadać a już bynajmniej nie jest przeznaczony dla publiczności przyzwyczajonej do papki.

Po obejrzeniu tego filmu śmiało mogę powiedzieć, że nie myliłam się co do Leadger'a. Genialny aktor. I gdybym miała wystawiać oceny trzem pozostałym aktorom to bym powiedziała tak: Depp 4; Farrell  3+; Law 2 i Leadger 5-. Moją uwagę (i nie tylko moją, wszyscy zwracali na nią uwagę) zwróciła modelka=aktorka Lily Cole. No dobra, ładna buzia, świetna figura, marna gra aktorska tylko czemu ją oglądając kojarzyła mi się z klipem System of a Down "Aerials"? ;-))


P.S. Lepszy od Avatara :-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49